|
Dziś z Szmulowizny przyszli chłopaki Dołączyli do nich rośli Grochowiacy Nic w tym nie jest takiego wielkiego Wszyscy się schodzą na bazar Różyckiego Jeden krzyczy - trzeba całkiem zwariować Żeby za pół darmo szarą maść rozdawać Drugi piątaka na zgodę przywali Tak tutaj szanują nawet swoich rywali Trzeci z uwagą przegląda ciuchy Polując na modne dżinsy wycieruchy W wielkie szczęście wierzy zaś czwarty Ciągle stawiając w grze na trzy karty I choć na północ jest piękne ZOO To na bazarze dopiero jest wesoło Tombak idzie jak prawdziwe złoto I co dziwne, kupują je ludzie z ochotą Gdy gaśnie słońce Różycki zamiera A ulica Targowa rumieńców nabiera To na niej wieczorem w mroku spowita Pojawia się ferajna, praska elita Jeden sprzedaje cegły ze starego muru Twierdząc że są one, z czystego marmuru Ferajna w bramie gapiom wciska bajer I zamiast gorzałki sprzedaje zajzajer Znikli chłopcy z Grochowa i Szmulowizny W zdobyczy unosząc guzy i nieduże blizny Wejść w nocy na targową trzeba wielkiej odwagi Tu niepodzielnie rządzą dzielni chłopcy z Pragi W dzień czujesz się tutaj, niemal tak jak w raju Antek staruszce pomaga wsiąść do tramwaju Lecz gdy noc zapada nie pomoże ci policja Na Warszawskiej Pradze panuje stara tradycja |